Jednym z korzystnych na pierwszy rzut oka efektów wyborów parlamentarnych w Izraelu, które odbyły się w tym tygodniu jest nieuzyskanie mandatów poselskich przez dwie siły neonazistowskie, otwarcie nawołujące do ludobójstwa. Chodzi o Żydowską Siłę kahanisty Itamara Ben-Gvira oraz Religijną Partię Syjonistyczną Becalela Smotricza.
Obaj ci politycy reprezentowali w istocie formacje neonazistowskie, przynajmniej jeśli chodzi o ich stosunek wobec ludności palestyńskiej. Bez cienia wątpliwości nawoływali oni do eksterminacji narodu palestyńskiego, zaś ich wypowiedzi odbijały się szerokim echem po całym świecie, w tym arabskim, stanowiąc dowód na to, że porozumienie izraelsko-arabskie jest niemożliwe i Izrael pozostawać musi egzystencjalnym wrogiem nie tylko państwowości palestyńskiej, ale wręcz każdego Palestyńczyka i Araba. Jeśli bowiem porównamy sobie retorykę nazistów niemieckich z okresu II wojny światowej wobec Żydów czy Słowian ze słowami Ben-Gvira i Smotricza o Palestyńczykach, odnajdziemy bliźniacze wręcz podobieństwo.
Obaj politycy funkcjonowali na marginesie izraelskiej sceny politycznej. W ostatnich wyborach wprowadzili jednak do Knesetu w sumie 13 deputowanych. Stali się potrzebni Benjaminowi Netanjahu, który przyjął ich do koalicji rządowej i dał posady ministerialne. Netanjahu dokonał tym samym legitymizacji neonazizmu w izraelskiej polityce, jednocześnie tolerując wypowiedzi nowych członków rządu, które zdruzgotały wizerunek państwa izraelskiego na świecie.
Brak mandatów poselskich dla tych dwóch partii wcale nie oznacza, że powinniśmy uznać temat pochwały ludobójstwa i nawoływania do zbrodni za zamknięty. Po pierwsze, obaj panowie zasiadać będą jeszcze w izraelskim rządzie do czasu powołania nowego gabinetu, co - jak pisaliśmy - nie będzie łatwe i do czego może w ogóle nie dojść. Po drugie, Likud premiera Izraela po prostu pożarł politycznie swoich mniejszych koalicjantów, przejmując ich retorykę i radykalizując się.
Pomimo braku obecności Ben-Gvira i Smotricza w gmachu Knesetu, ich głos będzie zatem brzmiał nadal donośnie, tyle że padać będzie już formalnie z ust przedstawicieli innego ugrupowania. A oni sami być może z czasem do tego ugrupowania dołączą.
#Izrael #syjonizm #nazizm #Netanjahu #wybory
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👍42❤40🔥33👏31
Chodzi o toczący się przed hamburskim sądem proces Siergieja Kuzniecowa, obywatela Ukrainy oskarżonego o zorganizowanie i przeprowadzenie we wrześniu 2022 roku aktu terrorystycznego w postaci wysadzenia w powietrze Gazociągu Północnego na dnie Morza Bałtyckiego.
Na pierwszej rozprawie obrona obrała ciekawą linie. Otóż przekonywała, że Kuzniecow nie może być przesłuchiwany w sprawie okoliczności, które dotyczą całej misji, bowiem obowiązuje go tajemnica służbowa jako żołnierza, z której zwolnić mogą go jedynie przełożeni. Potwierdzają to ówcześni dowódcy oskarżonego. Płk Roman Czerwiński z Sił Operacji Specjalnych stwierdził, że „oskarżony był pod moim bezpośrednim dowództwem do października 2022 roku. Nigdy nie opuszczał miejsca służby samowolnie, bez zgody głównodowodzącego”.
W podobnym duchu wypowiedział się także inny oficer, płk Jurij Semeniuk. Ten też poinformował, że Kuzniecow lojalnie pełnił służbę i wykonywał rozkazy. Obrona na tej podstawie uznała, że oskarżony nie może składać wyjaśnień, bo stanowiłoby to naruszenie tajemnicy służbowej i narażałoby go na odpowiedzialność karną.
Sąd wniosek obrońców odrzucił. Wszak Ukrainiec odpowiada przed niemieckim sądem, gdzie zastosowania w sprawie nie ma prawodawstwo kraju obcego, czyli w tym przypadku Ukrainy. Trudno odmówić sędziom z Hamburga racji. Postępowanie ma bowiem dowieść winy lub jej braku oskarżonego i innych, niezależnie od sprawstwa kierowniczego, czyli w tym przypadku wykonywania rozkazów dowódców.
Przed sądem zeznawał także biegły do spraw materiałów wybuchowych. Ten stwierdził, że zainstalowano sześć ładunków wybuchowych, które rozerwały rury z gazem na długości 250 i 300 metrów. Pod ciśnieniem gazu rury te zaczęły uderzać w dno morskie, co doprowadziło do ich dalszego zniszczenia.
Warto w tym miejscu zadać pytanie czy rzeczywiście Kuzniecow ze swoimi wspólnikami byliby w stanie przeprowadzić taką operację z wypożyczonego jachtu „Andromeda”? A może w rzeczywistości są oni jedynie kozłami ofiarnymi i rację miał znany amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh, który dowodził, że za całą operacją stać musieli profesjonalni nurkowie wojskowi i sprzęt armii amerykańskiej, być może wspomagany przez Norwegów? Tak czy inaczej, z polskiego punktu widzenia ewentualne skazanie Kuzniecowa stawia nas w mało komfortowej sytuacji.
Wszak oznaczać to będzie, że nasze władze i służby ukrywały sprawcę aktu terrorystycznego, a zatem - wraz z Kijowem - Warszawa ponosi odpowiedzialność za skutki i straty wynikłe z całej operacji. A to otwiera drogę do potencjalnych roszczeń odszkodowawczych. Lepiej zatem, by okazało się, że to nie Kuzniecow stał za całym przedsięwzięciem, które próbuje mu się teraz przypisywać.
#NordStream #sąd #Kuzniecow #Ukraina #Niemcy
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
❤43👏41🔥35👍32😁1
Czekamy na rozwój sytuacji w Azji Zachodniej. Izrael zapowiada ustami Benjamina Netanjahu kolejną eskalację w konflikcie z Iranem. Iran odpowiada, że doprowadzić może ona do totalnego paraliżu dostaw surowców energetycznych.
A wszystko po wyborach do Knesetu, w których okazało się, że mamy do czynienia z sytuacją patową, utrudniającą możliwość zachowania władzy przez Netanjahu, pozbawionego swoich dotychczasowych koalicjantów (radykalni ekstremiści syjonistyczni nie weszli do parlamentu). Netanjahu uznał, że jedynym logicznym sposobem przedłużenia jego mandatu szefa rządu jest kolejna wojna z udziałem Izraela. Niemal natychmiast po wyborach zaapelował zatem do Donalda Trumpa, by znów razem uderzyć w cele irańskie.
Konkretnych propozycji w tym zakresie na razie nie usłyszeliśmy. Wiadomo jednak, że w najbliższych dniach spodziewać się będzie można ataków koalicji amerykańsko-izraelskiej na Iran.
Co zrobi w tej sytuacji Teheran? Z pewnością zaatakuje w odwecie izraelskie miasta, co czynił już w przeszłości. Rakiety z Iranu przypomną Izraelczykom o zagrożeniu wojennym i staną się po raz kolejny argumentem na rzecz powołania rządu jedności narodowej na czas konfliktu. A że konflikt ma charakter niezdefiniowany czasowo i rzeczowo, można będzie stan ów przedłużać. Netanjahu jako lider największej partii parlamentarnej pozostanie dzięki temu na stanowisku. Plan jest zatem dość oczywisty.
Efektem takiego scenariusza może być jednak pogłębienie kryzysu energetycznego, o czym mówił na forum eksporterów gazu w Rosji szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi. Jak można to zinterpretować? Zapewne Teheran gotów jest do operacji masowej likwidacji instalacji naftowych i gazowych w Zatoce Perskiej. Jego sojusznicy z Jemenu i Iranu mogą równocześnie jeszcze intensywniej niszczyć infrastrukturę saudyjską wiodącą nad Morze Czerwone, na przykład port w Yanbu czy ropociąg Wschód - Zachód. Sposobów w zanadrzu jest wiele.
Wówczas Amerykanie, a w w ślad za nimi Europejczycy, bedą musieli powrócić do importu coraz większej ilości surowców energetycznych z Rosji. Ci, którzy tego trendu w porę nie zrozumieją, pozostaną pozbawieni źródeł energii i pogrążą się w największym od lat kryzysie.
Dlatego każdy racjonalny i przewidujący rząd w Europie powinien już dziś planować wznowienie dostaw surowców z Rosji, czy to się komuś podoba, czy nie.
#energia #Izrael #Iran #wojna #Europa
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
🔥26👍24❤22👏16
Wbrew wcześniejszym doniesieniom o kryzysie w relacjach z Kijowem i jego konsekwencjach, Ministerstwo Obrony Narodowej informuje, że zamierza wysłać kolejny pakiet pomocy dla Sił Zbrojnych Ukrainy.
Tym razem będą to dwa myśliwce MiG-29. Jeden z nich nie jest już użytkowany, drugi cały czas funkcjonuje w naszych siłach powietrznych. Najwyraźniej ktoś jednak uznał, że nie ma istotnego znaczenia. W sumie wartość wsparcia ma wynieść 50 mln euro.
Warszawa ewidentnie nie wyciąga konsekwencji z kryzysu wywołanego przez Kijów. Po ostatnich sporach i prowokacyjnych działaniach na gruncie historyczno-tożsamościowym część mediów ukraińskich spekulowała, że doprowadzą one do wstrzymania wszelkiego wsparcia, w tym sprzętowego. Nic bardziej mylnego - w dalszym ciągu wysyłamy broń na Ukrainę.
Nie chodzi tu już o kwestie wartości wysyłanego sprzętu. Według wojskowych i tak nie jest on już polskiej armii potrzebny, więc śmiało można go przekazać Kijowowi. Problem polega na czymś innym. Otóż po kolejnych prowokacyjnych względem nas zachowaniach władz ukraińskich (cały szereg aktów prawnych gloryfikujących zbrodniarzy z OUN / UPA) mieliśmy do wyboru różne reakcje. Mogliśmy pójść najdalej, czyli zamknąć nasze terytorium jako obszar tranzytowy dla Ukrainy, wstrzymać przewozy broni z krajów trzecich przez naszą granicę. To jednak wymagałoby uzgodnień z sojusznikami i zapewne prowadziłoby do konfliktów i kampanii przeciwko Polsce również na Zachodzie. Mogliśmy też zaprzestać jakiegokolwiek wspierania Kijowa z naszych własnych zasobów. Było to rozwiązanie jak najbardziej realne, które można było zastosować bez poważniejszych konsekwencji dyplomatycznych.
Wreszcie mogliśmy zareagować jedynie symbolicznie, oburzając się na niektóre akty gloryfikacji zbrodniarzy, ale nie wyciągając z nich żadnych wniosków dalej idących. Wybrano właśnie to ostatnie rozwiązanie.
Mamy zatem duży problem z asertywnością. Kraj, który nie jest w stanie podjąć bardziej zdecydowanej reakcji w pewnych sytuacjach, nie zasługuje na szacunek. Trudno oczekiwać, by uległość naszych władz w jakikolwiek sposób przekonała Kijów o konieczności liczenia się z naszą tożsamością i pamięcią historyczną.
#Ukraina #broń #Polska #armia #wsparcie
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👏41🔥38👍37❤35👎4
Zawyżone oczekiwania dotyczące sztucznej inteligencji i całego jej otoczenia technologicznego zaczynają dawać o sobie znać również w Chinach. Wystarczy przeanalizować podstawowe indeksy firm z branży z ostatnich tygodni.
Spadki są rzeczywiście duże. Firma produkująca roboty Unitree straciła połowę wartości od sierpnia. Producenci czipów MetaX oraz Moore Threads są dziś warci dwukrotnie mniej. O 60% spadła również wartość akcji spółek zajmujących się zaawansowaną optyką - Zhongji Innolight i Eoptolink. Mamy zatem do czynienia z kryzysem na ryku, który dopiero zaczął się rozwijać.
Podobne tendencje występować będą nie tylko w ChRL. Prognozy wskazują, że również w Stanach Zjednoczonych trend ten prędzej czy później pojawi się na giełdzie. W przypadku gospodarki chińskiej mamy jednak cały splot okoliczności. Najważniejsza z nich wiąże się ze spadkiem eksportu na rynki zachodnie. Bariery tworzone przez Amerykanów i Europejczyków powodują, że sektor wysokich technologii najzwyczajniej w świecie nie ma gdzie sprzedawać swojej produkcji. Kraje Globalnego Południa nie są bowiem na tyle zaawansowane technologicznie, by zgłaszać większe zapotrzebowanie na roboty czy sztuczną inteligencję. Znajdują się jeszcze na innym etapie rozwoju, a na dodatek nie dysponują wystarczającymi zasobami finansowymi. Gospodarka chińska bazowała przez lata na eksporcie na szeroko rozumiany Zachód. W dalszym ciągu potencjał eksportowy stanowi jej największy atut. Rynek wewnętrzny problemu nie rozwiąże, bo też nie jest nieograniczony.
Dlatego oczekiwać można ewolucji gospodarki chińskiej w kierunku rezygnacji z kapitalizacji przedsiębiorstw AI przy jednoczesnym kontynuowaniu prac badawczo-rozwojowych, ale nastawionych przede wszystkim na obniżenie kosztów produktu. Jedynym wyjściem jest dla Chin stworzenie popytu na ich technologie w krajach Globalnego Południa, bo Zachód pod tym względem nadal opierać będzie się na dominacji amerykańskiej. Widać to najlepiej na przykładzie Europy. Kolejne kampanie powodują, że Chińczycy nie mają możliwości uzyskania zamówień rządowych. Za to w pełni z owych zamówień korzystają korporacje amerykańskie. Sama Europa nie jest liczącym się graczem w sferze AI, lecz raczej odbiorcą i konsumentem rozwiązań stosowanych i wdrażanych przez innych.
#AI #Chiny #gospodarka #giełda #eksport
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👏42👍36❤34🔥34
W dalszym ciągu trwają ożywione dyskusje wokół ostatniej rozmowy telefonicznej prezydenta Rosji Władimira Putina z premierem Norwegii Jonasem Garem Støre oraz prezydentem Finlandii Alexandrem Stubbem. Wokół tych konwersacji kwitną już rozmaite mity.
Jednym z nich było doniesienie „Financial Times”. Brytyjska gazeta, powołując się na anonimowe źródła, utrzymywała, że norweski premier usłyszał od rosyjskiego prezydenta długi wywód na temat średniowiecznej historii narodów słowiańskich. Choć Putin lubi uciekać się do dygresji, aż tak daleko nie sięga w rozmowach z przywódcami innych państw. Støre przyznał, że od rosyjskiego przywódcy usłyszał opowieść o źródłach kryzysu na Ukrainie zaczynającego się w 2014 roku. Zdementował jednak opowieść o dywagacjach na temat średniowiecznych dziejów i zażądał od redakcji brytyjskiego medium sprostowania w tej sprawie.
Media anglosaskie relacjonujące rozmowy ze stroną rosyjską coraz częściej mają w zwyczaju przywoływanie anonimowych źródeł. Ma to stworzyć wrażenie o ich insiderskiej wiedzy i szerokich kontaktach. Niestety często okazuje się, że zasłyszane opowieści to czysta fantazja, której zresztą nie ma jak zweryfikować. W przypadku rozmów prezydenta Rosji z premierem Norwegii zapewne spowodowane było to również niewielką ilością oficjalnych informacji na temat treści konwersacji. Trzeba zatem było znaleźć jakiś szczegół, nawet wymyślony, który przykuwałby uwagę czytelników. Nie postarano się zbytnio.
Z drugiej strony narracja mediów zachodnich na temat Putina polega na przekonywaniu odbiorców o oderwaniu od rzeczywistości rosyjskiego prezydenta. Może ona jednak działać w dwie strony, bowiem tego rodzaju publikacje świadczą też o panującym przekonaniu o głębokiej i rozległej wiedzy historycznej Władimira Putina, pozytywnie odróżniającej go od większości przedstawicieli klasy politycznej Europy i całego Zachodu.
Według Jonasa Gahra Støre jego rosyjski rozmówca miał przedstawić mu historię, ale jedynie najnowszą. Bez zrozumienia źródeł konfliktu na Ukrainie, jego zażegnanie nie jest przecież możliwe, więc takie historyczne tło ma sens. Inna rzecz czy szef norweskiego rządu nie tylko zrozumiał, ale i zaakceptował fakt, że Moskwa może mieć swoje interesy i ma prawo do ich własnego artykułowania, nawet wbrew narracjom zachodnim.
#Støre #Norwegia #Rosja #Putin #FT
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👏40❤37🔥36👍34💯1
Trybunał Konstytucyjny nie pełni swej funkcji w Polsce od dawna. Podobnie jak nie jest realizowana Konstytucja. Dlatego obecny spór w zasadzie dotyczy personalnych szczegółów: kto kogo i kto zajmie budynek, którego lokatorzy ustawy zasadniczej już dawno nie strzegą.
Konstytucja ma być podobno w Polsce stosowana bezpośrednio. Trybunał Konstytucyjny był jednak przez lata organem sankcjonującym jej wybiórcze stosowanie. Gdy sprawa dotyczyła naszych swobód obywatelskich, okazywało się, że ważniejsze są dla jego członków kwestie fetyszyzowanego bezpieczeństwa narodowego w ich oryginalnej, nie mającej nic wspólnego z realiami interpretacji. Gdy zaś mieliśmy do czynienia ze sprawami społecznymi, okazywało się, że najistotniejsze jest dążenie do obrony interesów neoliberalnej doktryny rzekomej równowagi budżetowej. Trybunał Konstytucyjny nigdy nie zbudował sobie dlatego w społeczeństwie większego autorytetu. Był po prostu jednym z organów podtrzymujących panujący system. Trudno zatem wzbudzić do niego jakąkolwiek sympatię.
Obecnie rozgrywka wokół niego ma charakter personalnej walki o władzę, o kontrolę nad jednym z jej zasobów o krytycznie istotnym dla każdej ze stron znaczeniu. Angażowanie się w tą walkę sił antyestablishmentowych doprowadzić może do spadku ich wiarygodności. Bardzo ciekawi jesteśmy czy po wyeksponowaniu obecności Grzegorza Brauna obok Jarosława Kaczyńskiego nie spadną notowania Konfederacji Korony Polskiej.
Obstawiamy, że - biorąc pod uwagę społeczny odbiór obecnego sporu - taki scenariusz jest możliwy. Wiele wskazuje bowiem na to, że w Polsce mamy do czynienia z formowaniem się milczącej większości, której obce i co najmniej niesmaczne są spory takie jak ten obecnie obserwowany.
W tym kontekście rację i właściwe wyczucie może mieć jeden z polityków wspomnianej już partii Grzegorza Brauna, prawnik Jacek Wilk, który napisał:
„Trybunał Konstytucyjny to dziś ring dla dwóch band. Jedna przez 8 lat zamieniła go w swoją pralnię, druga wprowadza doń sędziego z policją i udaje obrońcę prawa. Złodzieje stołków po obu stronach, a Polak ma płacić i klaskać. Dość tej brudnej tragikomedii. Wynocha z TK. Wszyscy”.
#TK #Nawrocki #PO #PiS #prawo
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👏45🔥44👍39❤26
Austriacki ideolog ruchu tożsamościowego, autor i propagator koncepcji remigracji miał wziąć udział w targach książki w Paryżu. Miała tam się odbyć prezentacja jego publikacji na temat wspomnianej remigracji.
Nie udało się. Austriak został objęty zakazem wjazdu do Francji, o czym dowiedział się tuż po wylądowaniu na paryskim lotnisku. Okazało się, że władze uległy protestom że strony proimigranckiej lewicy. Prefektura zakazała zresztą całej imprezy, na której występować miał nie tylko Sellner.
Wcześniej podobne zakazy wobec niego wprowadziło już kilka krajów należących do strefy Schengen, przede wszystkim Niemcy i Szwajcaria. Nie może również wjechać do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.
Martin Sellner, wbrew naciskom kół poprawnych politycznie, sformułował i dopracował koncepcję dobrowolnej relokacji przybyszów z krajów afrykańskich i z Azji Zachodniej do krajów pochodzenia, bądź tych, z których bezpośrednio przybyli. Jest dziś najbardziej znaną postacią wśród intelektualistów europejskich zajmujących się tą problematyką. Jego idea polega na stworzeniu ośrodków przejściowych dla tych imigrantów, którzy już do Europy przybyli i nie chcą z niej wyjechać. Wstrzymałoby to procedury przyznawania im obywatelstwa. Kraje przyjmujące imigrantów poza Europą otrzymywałyby na to środki z naszego kontynentu.
Planowaną wizytą Sellnera w Paryżu wywołała furię wspierających imigrację polityków głównego nurtu i mediów. Nic zatem dziwnego, że zdecydowano się go do kraju nie wpuścić, choć oznacza to po raz kolejny degradację projektu integracji europejskiej - wszak jednym z jej fundamentów jest swobodny wybór miejsca zamieszkania i wolność przemieszczania się.
Tymczasem część austriackiej opozycji, a konkretnie Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ) przychylnie spogląda na niektóre propozycje Sellnera. Sam Sellner promował niedawno lidera wspomnianej partii Herberta Kickla. FPÖ ma dziś 57 mandatów w austriackiej Radzie Narodowej i jest największym klubem parlamentarnym. Według aktualnych sondaży preferencji partyjnych jej poparcie jest jeszcze wyższe i wynosi regularnie powyżej 38%, a to oznacza, że po kolejnych wyborach to właśnie to ugrupowanie może utworzyć samodzielny rząd.
#Austria #Sellner #Francja #remigracja #zakaz
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👏39👍36🔥36❤35
Pierwszy taki kryzys w kraju członkowskim Unii Europejskiej. Nawet w niewielkich republikach bałtyckich takie rzeczy wcześniej się nie zdarzały. Otóż okazuje się, że Estonia została bez… asfaltu.
Oczywiście masy bitumiczne służące do budowy dróg produkowane są z ropy naftowej. W tym przypadku jednak raczej nie chodzi o kryzys na światowym rynku ropy wywołany wojną rozpętaną przez Stany Zjednoczone w Azji Zachodniej. Problem leży gdzie indziej i wiąże się z zapomnianym nieco pojęciem dywersyfikacji.
Może niektórzy jeszcze pamiętają jak przez lata wymieniano, również u nas, to słowo przez wszystkie możliwe przypadki. Najkrócej rzecz ujmując, polega ona na zróżnicowaniu źródeł dostaw surowców czy towarów uznawanych za strategicznie istotne. Różne były tej dywersyfikacji szkoły i odmiany. Generalnie jednak zakładano, że maksymalne zróżnicowanie kierunków importu zapewnia nam bezpieczeństwo dostaw. Przecież w każdej chwili dojść może do kryzysu, bankructwa, katastrofy bądź awarii jednego zakładu. Można wtedy przejściowo zwiększyć import z innego kierunku, by następnie znów do zrównoważonego bilansu powrócić.
Asfalt, a właściwie masy bitumiczne, są z oczywistych względów takim towarem strategicznym. Estonia w ostatnim okresie słynęła raczej z całkiem niezłych, nowoczesnych dróg - nie było w tym obszarze powodów do wstydu. Nagle jednak okazało się, że w stołecznym Tallinie wstrzymano część inwestycji i remontów w tej branży. Powód: deficyt asfaltu.
Skąd się wziął? Przez ostatnie lata głównymi dostawcami tego surowca na rynek estoński pozostawali Szwedzi i Litwini, a właściwie Polacy. Nagle jednak, z nieznanych szerzej przyczyn, dostawy ze Szwecji zostały ograniczone. Pozostawał jeszcze jeden kierunek zapasowy - rafineria w litewskich Możejkach należąca do naszego Orlenu. Tam też jednak wydarzyła się awaria i Estończycy pozostali bez elementu niezbędnego do robót drogowych. Wprost poskarżył się na to zastępca burmistrza stołecznego Tallina Kristjan Järvan.
A jeszcze kilkanaście lat temu dostawcami mas bitumicznych na rynek estoński były cztery kraje. Poza wymienioną Szwecją i Litwą była to Rosja oraz Białoruś (łącznie te dwa kraje realizowały około 1/3 zapotrzebowania na asfalt). Później jednak nadeszły sankcje, które Estończycy wyjątkowo gorliwie, nawet przedterminowo wprowadzali. Efekt jest dziś widoczny. Dywersyfikacja zastąpiona została sprzeczną ze zdrowym rozsądkiem derusyfikacją.
#asfalt #Estonia #Tallin #dywersyfikacja #import
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
❤46👍36👏34🔥33
Coraz więcej materiałów promujących stałą bazę wojsk amerykańskich w Polsce pojawia się w polskich mediach. Głos w tej sprawie zabierają też kolejni przedstawiciele MON. Myliłby się jednak ten, kto stwierdziłby, że mamy do czynienia z jakąś dyskusją czy argumentacją.
Baza amerykańska ma być dla nas korzystna i koniec wszelkiej dyskusji. A kto dyskutuje, ten - wiadomo - na pewno powiązany jest tajemniczo z Kremlem. Dariusz Łukowski dyrektor Departamentu Strategii i Planowania Obronnego resortu obrony potwierdza, że „zaszczyt” goszczenia ewentualnej bazy US Army spotkać może cztery polskie miasta: Wrocław, Poznań, Szczecin lub Bydgoszcz. Każda ma mieć swoje plusy. Wrocław leży blisko niemieckiej granicy, ma jednostki pancerne Wojska Polskiego i porządne zaplecze. Poznań to już obecnie działające dowództwo NATO oraz lotnisko wojskowe. W Bydgoszczy też są już rozbudowane elementy infrastruktury militarnej. Wreszcie Szczecin to przede wszystkim dostęp do zespołu portów morskich.
„Budowa samej bazy wojskowej, czyli zaplecza logistycznego, budynków sztabowych, centrów symulacji, zaplecza paliwowego, to jest koszt ok. 3 mld zł. Dodatkowe środki powinny być przeznaczone na infrastrukturę: mieszkania, szkoły, przedszkola, szpital. Kosztowna jest budowa obiektów szkoleniowych, a to dla Amerykanów ma kluczowe znaczenie. Dotychczas wyjeżdżali oni do Niemiec, aby ćwiczyć na tamtejszych poligonach, bo nasze mają ograniczone możliwości. Zatem jeżeli chcemy mieć na stałe bazę, musimy wybudować poligon. W innych państwach te wszystkie elementy były budowane przez wiele lat. Dlatego rzeczywiste koszty trudno dzisiaj wskazać. Możemy jedynie rysować pewne scenariusze”
- mówi Łukowski. Czyli możemy już pożegnać się z szacunkowymi wycenami Władysława Kosiniaka-Kamysza, który mówił o 15 mld złotych. Co najważniejsze - w żadnej z tych wypowiedzi nie słyszymy o rocznych kosztach stacjonowania obcych wojsk w Polsce. Nie wiemy nadal ile ta przyjemność będzie kosztowała.
Przed kim mają nas niby bronić Amerykanie?
Oczywiście, przed Rosjanami, z którymi - ale o tym ani słowa - ostatnio coraz lepiej się dogadują. Wojna zaś w istocie już trwa.
„Dzisiaj wojna nie musi oznaczać wtargnięcia dywizji pancernych na nasze terytorium. Przeciwnik – doskonale widzimy to w Ukrainie – może nas razić ze swojego terytorium. Może prowadzić działania asymetryczne, których celem jest destabilizowanie państwa pod względem infrastrukturalnym, uderzać w energetykę, służbę zdrowia i jednocześnie wyniszczać tkankę społeczną poprzez polaryzację. Teraz mamy prawo, które zostało stworzone ponad 20 lat temu, ono nie nadąża za współczesnymi wyzwaniami”
- mówi były generał z MON. Czyli do wybuchu wojny niekonieczne są działania zbrojne; wystarczy, że ktoś zdefiniuje samodzielnie jakieś określone, często domniemane działania („polaryzacja”) jako wojnę.
Przypominamy, że amerykańskie bazy jeszcze nigdzie nie zwiększyły bezpieczeństwa, a ich rozlokowanie stanowi element ograniczający suwerenność.
#wojsko #USA #baza #Polska #suwerenność
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👍49👏38❤37🔥26
Zbyt wcześnie jeszcze na wnioski polityczne wokół tego, co się właśnie wydarzyło. Prawdopodobnie poczekać trzeba będzie na sondaże, które mogą pojawić się w najbliższych tygodniach.
Od strony instytucjonalnej dla przeciętnego obywatela niewiele się zmieni. TK był instytucją sparaliżowaną od wielu lat, przynajmniej od roku 2015 (warto faktycznie przypomnieć, że wówczas to Prawo i Sprawiedliwość dokonywało szturmu na budynek przy alei Szucha w Warszawie). Autorytet i wizerunek sądu konstytucyjnego w Polsce od dawna nie istnieją: jego kolejne orzeczenia nie mają zbyt wielkiego wpływu na losy obywateli, bo z reguły TK nie zajmuje się problemami najistotniejszymi.
Cała sytuacja może jednak wpłynąć na notowania partii politycznych. Prof. Waldemar Wojtasik, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, twierdzi, że Donald Tusk z rozmysłem zaplanował obecny kryzys, analizując jego potencjalne następstwa.
„Kaczyńskiemu podał polityczny tlen, sytuując go znowu jako lidera opozycji, bo to on przed Trybunałem grał pierwsze skrzypce po prawej stronie sceny politycznej”
- zauważa. To może być największe znaczenie obecnych wydarzeń. PiS słabło w ostatnich sondażach, poparcie dla ugrupowania Kaczyńskiego topniało w oczach. Czy teraz może to ulec zmianie?
„Jeśli miałbym wskazać jakiś wpływ na sondaże, to powiedziałbym, że przegranymi mogą być mniejsze partie”
- dodaje Wojtasik.
W jego przekonaniu cały spór może zatem reanimować polaryzację polskiej sceny politycznej, która została ostatnio zakłócona rosnącymi notowaniami Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. Być może ktoś w rządzącej Koalicji Obywatelskiej i otoczeniu Donalda Tuska doszedł do wniosku, że jednak wygodniejszym przeciwnikiem będzie coraz mniej sprawny Kaczyński. A może to element uzgodnień z zagranicą, w tym Stanami Zjednoczonymi. Jeśli prognozy prof. Wojtasika się sprawdzą, faktycznie cofniemy się o kilka lat w ewolucji naszego systemu partyjnego.
Co wcale nie oznacza, że w realnym życiu nas wszystkich cokolwiek ulegnie zmianie. „Trybunał Konstytucyjny jest tak abstrakcyjną figurą w systemie politycznym dla przeciętnego wyborcy, że raczej nie będzie on podejmował decyzji wyborczej na bazie tego, kto obecnie w nim zasiada” - słusznie zauważa Wojtasik.
#TK #konflikt #prawo #sondaż #Wojtasik
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👍41🔥38❤35👏35
Nvidia to oczywiście producent większości czipów (kiedyś procesorów graficznych) niezbędnych do rozwoju sztucznej inteligencji. Ten amerykański koncern ma niemal całkowitą wyłączność w obszarze tych technologii.
Huang Jensen, prezes i współzałożyciel wartej dziś miliardy dolarów spółki, przekonuje, że rewolucja technologiczna oparta na sztucznej inteligencji nie stanowi zagrożenia dla przetrwania ludzkości w jej obecnej formule. „Porównywanie się do Boga, który tworzy nowe gatunki, to krok zbyt daleko. Tak nie jest. Wciąż mówimy tylko o oprogramowaniu.
Musimy się jedynie troszczyć, by było ono bezpieczne. To jedyna rzecz, za jaką jesteśmy odpowiedzialni” - mówi pochodzący z Tajwanu Amerykanin Jensen. Optymistycznie przekonuje zatem, że nie nastąpi zapowiadany przez niektórych futurologów moment osobliwości (syngularności), czyli przejęcia przez samoświadomą sztuczną inteligencję kontroli nad rodzajem ludzkim. Wszystko można w jego przekonaniu kontrolować, ale jednocześnie jest on wyraźnym zwolennikiem deregulacji i narzeka na poziom uregulowania gospodarki europejskiej, w tym niemieckiej, uznając go za główną przeszkodę na drodze do wykorzystania sztucznej inteligencji, również w dziedzinie robotyki i automatyzacji procesów produkcyjnych. Europa jest jedna w jego mniemaniu zbyt zachowawcza. Tymczasem tworzenie barier rządowych przy obecnym tempie rozwoju technologii nie może być już skuteczne. Lepiej pozostawić to samym korporacjom, które samodzielnie ustalą własne ramy bezpieczeństwa, aby SI nie wymknęła się spod kontroli, jak na przykład ostatnio, gdy dokonała samodzielnego ataku hakerskiego.
Tymczasem regulacje europejskie oraz krajowe, analizowane na przykładzie Niemiec, pokazują, że trudno liczyć na dołączenie Starego Kontynentu do wyścigu technologicznego. Huang Jensen pytany o suwerenność, najpierw mówi o… suwerenności własnej korporacji:
„dla mnie suwerenność oznacza po prostu, że zachowuje kontrolę nad tym, co najważniejsze. Jak wiecie, zlecam produkcję naszych czipów, kart pamięci i pakowanie na zewnątrz. Wszystko zlecam na zewnątrz, ale jednak mam całkowitą suwerenność”
- przekonuje prezes Nvidii. Sprawowanie kontroli nie musi zatem jego zdaniem automatycznie wiązać się z własnością czy korporacyjną autarkią. Znamienne jest przy tym to, że Jensen mówi o suwerenności w kontekście własnej spółki, uznając ją tym samym za podmiot równy państwom. Po chwili się jednak reflektuje i zaczyna mówić o idei suwerenności europejskiej w sferze technologii, odpowiadając tym samym na postawione pytanie.
„W moim przekonaniu suwerenność dla Europy oznacza kontrolę nad własnymi bazami danych, zdolność do decydowania, jakim branżom powinny one służyć i to, że nikt na świecie nie będzie w stanie wyciągnąć wam wtyczki”
- stwierdza.
Jaki się okazuje, w jego opinii to żaden problem. Na suwerenność technologiczną w zakresie opracowania własnego modelu sztucznej inteligencji może się zdobyć nie tylko cała Europa, ale nawet pojedyncze kraje.
„Szacuję, że wystarczy do tego dziesięciu ludzi, trzy miesiące i 20 milionów dolarów”
- przekonuje. Przy takich parametrach nawet mniejsze kraje wybić się mogą na suwerenność, opracowując własne algorytmy oraz systemu uczące się.
A dalej trzeba spoglądać już na Chiny i czerpać z ich doświadczeń. „Nie tylko polityki powinni co roku odwiedzać Chiny, ale także prezesi firm. Wszyscy powinni bywać w Chinach, żeby zrozumieć prędkość, jaką osiąga rozwój chińskiej gospodarki wysokich technologii” - rekomenduje. Jego rady dostępne są również dla Polski: możemy śmiało pokusić się o własny model SI. Jest też wystarczająco dużo połączeń lotniczych do ChRL.
#Nvidia #USA #Jensen #technologia #AI
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👍42🔥38👏35❤30
Albin Kurti, premier częściowo uznawanej Republiki Kosowa (zgodnie z konstytucją Serbii jest to część tego kraju; Polska jest jednym z tych krajów europejskich, które uznały jej niepodległość) publicznie cieszy się z przegranej sił do tej pory rządzących w sąsiednim kraju. Ale przyznaje, że nie ma pojęcia czego spodziewać się po zwycięskiej Liście Studenckiej, która teraz utworzy w Belgradzie rząd.
Kurti wystąpił na zjeździe swojego ruchu Vetëvendosje. Szef kosowskich władz wyraził nadzieję na dialog ze stroną serbską.
„Ćwierć wieku po klęsce Miloševicia i Šešelja na początki XXI wieku, ich polityczni następcy Vučić i Dačić również przegrali. Wiemy kto w Serbii stracił władzę, ale nadal nie wiemy kto ją zdobył. Mamy nadzieję, że ta zmiana polityczna pociągnie za sobą również pozytywną zmianę w podejściu władz w Belgradzie do Republiki Kosowa oraz Albańczyków w Preševie, Bujanovacu i Medveđe”
- dywagował Kurti.
Przypomnijmy: Aleksandar Vučić, który ustąpił z urzędu prezydenta, by wygrać wybory parlamentarne i niespodziewanie je przegrał, stał na czele Serbskiej Partii Postępowej (SNS). Ta z kolei powstała niegdyś w wyniku rozłamu i odejścia bardziej umiarkowanych działaczy z panslawistycznej, konserwatywnej Serbskiej Partii Radykalnej (SRS) kierowanej przez więzionego w areszcie przez 11 lat i ostatecznie uniewinnionego przez haski trybunał Vojislava Šešelja. Z kolei Ivica Dačić soi na czele Serbskiej Partii Socjalistycznej, czyli niegdysiejszego ugrupowania prezydenta Slobodana Miloševicia. W tym sensie faktycznie można mówić o odejściu partii tworzących przez lata jugosłowiański a później serbski system partyjny na przestrzeni lat. Na ich zmianę przyszła Lista Studencka (SL), czyli formacja antykorupcyjna i wyrosła z ruchu protestu, która w zasadzie nie jest dokładnie określoną programowo w innych kwestiach. Warto jednak zaznaczyć, że jej przedstawiciele dość jednoznacznie podkreślali, że uznają Kosowo za nieodłączną część państwowości serbskiej, co zresztą robią praktycznie wszystkie znaczące ugrupowania w Belgradzie.
SL raczej nie będzie w tej kwestii wyjątkiem. Bezprecedensowe wówczas naruszenie integralności terytorialnej Serbii przez Zachód do tej pory jest wydarzeniem jednogłośnie potępianym przez zdecydowaną większość Serbów, niezależnie od ich sympatii bądź antypatii w innych sprawach.
#Kosowo #Serbia #LS #SNS #SPS
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
🔥46❤44👏35👍25
Protest pokolenia Z pod hasłem „Gen-Z regelt” („pokolenie Z ogarnia”) przetoczył się zgodnie z zapowiedziami przez ulice ponad 30 miast w Niemczech. Trudno dokładnie oszacować liczbę jego uczestników - jak zawsze w takich przypadkach. Władze będą zainteresowane jej pomniejszaniem, organizatorzy - wyolbrzymianiem, zaś dysponujące monitoringiem i narzędziami obserwacji służby zapewne będą milczeć.
Pokolenie Z to, według większości, umownych przecież, klasyfikacji socjologicznych i demograficznych, ludzie urodzeni w latach 1997-2012. Mamy zatem duże zróżnicowanie wiekowe wsród nich - niektórzy to jeszcze 14 letni uczniowie, zaś inni, najstarsi, to już ludzie mający swoje rodziny na utrzymaniu i liczący prawie 30 lat. Łatwiej już zdefiniować co ich łączy w zakresie warunków, w jakich dorastali. Będzie to przede wszystkim dostęp do mediów społecznościowych nieustannie zapewniany przez smartfony (poprzednie pokolenie Y załapało się na nie tylko pod koniec dorastania). Po angielsku określa się ich w związku z tym mianem „Digital Natives” („urodzeni w epoce cyfrowej”).
Na ulice nie wychodzą jednak, bo taką mają zachciankę. Mają po prostu również pewne wspólne marzenia i niepokoje. Według badania młodzieży zleconego przez Shell w 2024 roku 81% z nich obawiało się wojny, zaś 67% życia. Do najważniejszych dla nich wartości należą z jednej strony bezpieczeństwo, ale z drugiej również decydowanie o sobie, rodzina, przyjaźnie, niezależność finansowa oraz sprawiedliwość społeczna. W przeciwieństwie do pokoleń poprzednich wyzbyci są często złudzeń o inkluzywnej naturze kapitalizmu - na ich oczach wydarzyły się lockdowny łamiące wiele ambitnych projektów biznesowych, podobnie jak zerwanie łańcuchów dostaw przez kolejne trwające od kilku lat konflikty zbrojne.
W imię czego protestują? Nie mają zbyt wygórowanych żądań. Chodzi im o zwiększenie nakładów na szkoły i system oświatowy, zmniejszenie kosztów życia oraz sprzeciw wobec plany obowiązkowej służby wojskowej. A zatem domagają się tego, co w europejskim, a szczególnie niemieckim modelu społecznej gospodarki rynkowej było przez dekady czymś naturalnym.
Ciekawe będzie to w jaki sposób kształtować będą się ich preferencje wyborcze, ale już widać, że obecne partie głównego nurtu nie będą dla nich nawet drugim wyborem.
#Niemcy #Gen-Z #pokolenie #protest #młodzież
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👍43❤41👏36🔥30
Przerwy w dostawach prądu miały do tej pory charakter zaplanowany. Mieszkańcy mogli zapoznać się z ich grafikami i odpowiednio zaplanować dzień, w tym pracę (mechanizm ten był szczególnie niezbędny z punktu widzenia planowania działalności firm).
Teraz jednak dominować zaczęły niezapowiedziane przerwy w dostawach energii elektrycznej, co uniemożliwia wszelkie planowanie. Niektórzy mieszkańcy Kijowa zresztą już wcześniej skarżyli się, że rzeczywiste braki prądu nie pokrywają się z wcześniejszymi zapowiedziami. Największy na Ukrainie dostawca energii elektrycznej, spółka DTEK postanowiła zatem zerwać z fikcją. Uszkodzenia wywoływane kolejnymi atakami rosyjskimi na obiekty infrastruktury energetycznej są zbyt częste, by można je było na bieżąco usuwać i faktycznie w przewidywalnych terminach naprawiać ich skutki. Dlatego teraz zdarza się, że prąd znika z gniazdek w niektórych dzielnicach na wiele godzin bez uprzedniego uprzedzenia przez operatora.
Warto zauważyć, że głównym dostawcą energii elektrycznej na Ukrainie jest wspomniana spółka DTEK. To firma prywatna, kontrolowana przez System Capital Management, czyli fundusz wszechmocnego niegdyś i największego ukraińskiego oligarchy - Rinata Achmetowa. Achmetow czerpie spore zyski z kolejnych dotacji i form wsparcia, które uzyskuje nie tylko z budżetu państwa, lecz przede wszystkim pośrednio lub bezpośrednio z zachodnich środków pomocowych przeznaczanych dla Ukrainy. Jak widzimy, nie wystarcza to już do utrzymania sprawnej, działającej infrastruktury elektroenergetycznej.
A przypomnijmy, że sezon jesienno-zimowy dopiero się zaczyna. Zwiastuje to dla Kijowa i innych ukraińskich miast problemy większe niż te z ubiegłego roku.
#Kijów #Ukraina #DTEK #energia #prąd
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
👏42❤40👍37🔥29
Jeden z najciekawszych dyplomatów kierujących obecnie ministerstwami spraw zagranicznych w naszym regionie świata, Hakan Fidan (nie sposób odmówić mu przenikliwości, bo przez lata stał na czele tureckiego wywiadu zagranicznego) stwierdził publicznie podczas szczytu G20 w Atlancie, że kontynent europejski musi w końcu porozumieć się z Rosją.
Nie z miłości, lecz z uwagi na to, iż jest to warunek ekonomicznego przetrwania. Fidan przypomniał, że same tylko Niemcy oceniają roczne straty wynikające z braku rosyjskich dostaw surowców energetycznych na około 100 mld euro. Żadna gospodarka europejska takiego przedłużającego się nacisku nie jest w stanie przetrwać. W Ankarze o tym wiedzą i niepokoją się tego powodu. Z bardzo prostej przyczyny: Turcy doskonale zdają sobie sprawę, że ich kondycja ekonomiczna w dużym stopniu również zależy od funkcjonowania gospodarki europejskiej. Warto przecież pamiętać, że duża część tureckiego transportu, ale też tranzytu przypada na kraje unijne. Nie sposób też zapomnieć, ze nasze gospodarki powiązane są także przez transfery finansowe płynące od diaspory tureckiej na Starym Kontynencie do jej kraju macierzystego.
„Zaraz po uzyskaniu pokoju trzeba będzie przywrócić konstruktywne relacje między Europą a Rosją”
- stwierdził wprost Fidan. Szefa tureckiej dyplomacji niepokoi również tradycyjnie problem bezpieczeństwa na Morzu Czarnym związany z atakami dronów i kutrów bezzałogowych obu stron konfliktu, przede wszystkim ukraińskiej. Do tego dochodzą inne zagrożenia związane z morskim konfliktem w regionie, takie jak możliwe skażenie środowiska wskutek zatopień tankowców czy zbiornikowców, a także zaminowanie akwenu, szczególnie przez stronę ukraińską.
Dla Turcji zakończenie konfliktu wiąże się z odbudową jej pozycji ekonomicznej i tranzytowej. Słowa Hakana Fidana wynikają zatem z kalkulacji własnych interesów. Tym razem akurat z interesami Europy jak najbardziej tożsamych.
#Turcja #Fidan #Ukraina #wojna #Rosja
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
❤30🔥29👏24👍19
Jeśli spojrzymy na mapę Afryki Północnej i Saharyjskiej, właściwie jednym z niewielu państw zachowujących konsekwentnie niezależność od ośrodków wpływu zewnętrznego (oczywiście w maksymalnie możliwym stopniu) okaże się rządzona przez Front Wyzwolenia Narodowego (FLN) Algieria. Na południe od jej granic powstał jednak pewien biegun regionalnej niezależności pod postacią Sojuszu Państw Sahelu, czyli inicjatywy integracyjnej odrzucających jarzmo neokolonializmu Nigru, Mali i Burkina Faso.
Zdawałoby się, że po wyzwoleniu się spod wpływów francuskich (szereg zamachów doprowadzających do władzy wojskowych młodszego i średniego pokolenia) to właśnie te trzy kraje będą naturalnymi, bliskimi ideologicznie sojusznikami dla Algieru. Różnie to jednak bywa, bo mamy do czynienia z różnicami kulturowymi, ale też z odmiennymi potencjałami. Być może dlatego w ubiegłym roku doszło do konfliktu dronowego (na szczęście zlokalizowanego i krótkotrwałego) między Mali a Algierią. Rolę pośrednika w jego zażegnaniu odegrał wówczas Niger. I od tego zaczęła się intensyfikacja współpracy między Algierem a Niamej.
Odbywa się ona na kilku płaszczyznach. Pierwsza dotyczy kwestii ekonomicznych. W Algierii mamy do czynienia z ogromnymi wpływami tamtejszego koncernu gazowo-naftowego Sonatrach. Stanowi on główne źródło dochodów algierskiego budżetu. To właśnie on realizuje ambitne plany ekspansji na kontynencie afrykańskim. Jego władze chcą nie tylko przejmować nowe złoża poza Algierią, ale również budować infrastrukturę. Najambitniejszym projektem w tej ostatniej sferze jest budowa Gazociągu Transsaharyjskiego biegnącego z Nigerii aż nad śródziemnomorskie wybrzeże Algierii.
Niedawno władze algierskie zdecydowały się na analizę możliwości budowy jego odcinka przez Niger, przy czym na tym terenie ma powstać też równoległy rurociąg z ropą naftową, umożliwiający Nigerczykom eksport. Ci ostatni mają problem z produkcją paliw i koncentrują się na wydobyciu surowca. Dlatego już latem tego roku doszło najpierw do importu przez Niger paliwa lotniczego produkowanego w algierskiej rafinerii Adrar należącej do Sonatrach, a następnie do pierwszego ładunku ropy nigerskiej do Algierii, pochodzącej ze złóż Meleck i transportowanej przez terminal portu Sèmè w Beninie.
Plany przyszłej współpracy są jednak znacznie bardziej ambitne. Towarzyszy im także kooperacja w innych dziedzinach. Energetyka wymaga bezpieczeństwa. Stąd prezydent Algierii Abd al-Madżid Tabbun podczas swoich spotkań z przywódcą Nigru Abdourahamane Tchianim w tym roku uzgodnił współpracę militarną obu krajów. W efekcie 9 sierpnia Algierczycy dostarczyli dla swojego południowego sąsiada cztery śmigłowce produkcji rosyjskiej - dwa Mi-24V oraz dwa Mi-171 wraz z osprzętem. Było to akurat w momencie pojawienia się pogłosek o próbach zamachu stanu i starciach w Niamej. 28 i 29 sierpnia doszło do potyczek (nie wiemy czy wspierali w nich władze Nigru Algierczycy, wiemy natomiast, że wspomagają ich Rosjanie z Korpusu Afrykańskiego).
Na północy Nigru powstać ma też wkrótce pustynna baza wojskowa Madama. Jest ona położona nieopodal granicy z Czadem i Libią, na wschodzie. Pojawienie się w niej Algierczyków ma potencjalnie odstraszyć pochodzące z Czadu ugrupowania zbrojne próbujące nielegalnie wydobywać złoto, jak i innego ambitnego gracza - Saddama Haftara (to libijski młody wojskowy, syn rządzącego w Libii wschodniej Chalify Haftara). Niger zatem zabezpiecza się współpracą z Algierią przez ekspansywnymi Libijczykami, Czadyjczykami, a przede wszystkim operującymi na pustyni ugrupowaniami terrorystycznymi. Współpraca z Algierem wydaje się w tym kontekście w pełni racjonalna.
Również dla samej Algierii - spojrzenie na południe pozwala rządzącemu a Algierze FLN myśleć o wybiciu się na rolę afrykańskiego mocarstwa regionalnego. Dopóki nie ma w tej części kontynentu specjalnej konkurencji.
#Algieria #Niger #Afryka #Sahara #Sahel
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
🔥83🤔43👏42❤40👍37💯36😢34🙏27😱25
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
🔥81🤔45👍43❤37👏34😢25💯24😱21🙏19
Niewielu obserwatorów zewnętrznych ma większe pojęcie o istocie sporu w sprawie naszego Trybunału Konstytucyjnego. Niemniej jednak, wydarzenia ostatnich dni mobilizują poparcie dla obu stron, będąc jednym z elementów kontynentalnej polaryzacji sceny politycznej.
„Poważne wydarzenia, które toczą się teraz w Polsce wokół Trybunału Konstytucyjnego, wywołują głębokie zaniepokojenie. Wątpliwe zawieszenie przewodniczącego Trybunału, interwencja sił bezpieczeństwa wokół tej instytucji zdają się oznaczać przejęcie siłą struktury konstytucyjnej. Obojętność Unii Europejskiej i cisza mediów wobec kryzysu polskiego prowokują uzasadnione wątpliwości: nie można dowodzić, że się broni demokracji i państwa prawa, dając jednocześnie wrażenie, że nie respektuje się samemu reguł, które go ustanowiły. Mnogość działań siłowych wewnątrz Unii Europejskiej wywołuje poważne wątpliwości”
- napisała kandydatka francuskiego Zjednoczenia Narodowego na prezydenta Marine Le Pen. Dołączyli do niej również inni przedstawiciele europejskiej prawicy suwerenistycznej. Większość z nich uznaje toczący się u nas konflikt za starcie dwóch wizji i dwóch sił politycznych walczących przeciwko sobie na całym kontynencie - z jednej strony centrowo-liberalnej biurokracji unijnej z Brukseli oraz związanych z nią sił, a z drugiej konserwatywnych suwerenistów.
W tym sensie spór o TK zaczyna urastać do rangi wcześniejszych wydarzeń emocjonujących strony sporu politycznego w Europie, jak choćby unieważnienie wyniku wyborów w Rumunii. Nie ma przy tym większego znaczenia meritum sporu. Zapewne większość polityków europejskich nie zdaje sobie nawet sprawy, że PiS jeszcze niedawno, podobnie jak dziś KO, w ewidentny sposób łamał prawo w kwestii sądu konstytucyjnego. Symetryzm jest tu podejściem w pełni uzasadnionym, wynikającym z elementarnej wiedzy na temat trwającego od lat sporu.
Nie ma to jednak znaczenia w skali międzynarodowej. Znaczenie ma coś innego: zidentyfikowanie tych, którzy istotnie stoją po obu stronach konfliktu, wykorzystując go do tworzenia kolejnego frontu. Z jednej strony sytuacja jest oczywista: za Donaldem Tuskiem i jego ludźmi stoi Bruksela, a na gruncie ideologicznym amerykańscy Demokraci. Czy za drugą stroną rzeczywiście stoi natomiast Donald Trump i kręgi do niego zbliżone w Waszyngtonie? Jeśli tak, to nie chodzi tu o suwerenność, lecz o sprawowanie kontroli politycznej nad kolejnymi krajami w Europie będącymi polem bitew dla sił zewnętrznych.
#TK #Polska #LePen #Europa #USA
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
🔥64👍42🤔42👏38❤36😱24🙏23😢21💯17
Ostatnie wspólne wystąpienia liderów opozycji na proteście przed Trybunałem Konstytucyjnym ożywiły trwające już wcześniej dyskusje na temat wystawienia wspólnej listy kandydatów do Senatu. Wspominany od miesięcy pakt senacki miałby polegać na tym, że doszłoby do podziału okręgów, w których poszczególni jego uczestnicy wystawialiby swoich kandydatów do izby wyższej, a pozostali powstrzymaliby się od rejestrowania swoich kandydatur.
Nie musiałoby to zatem oznaczać wspólnego komitetu wyborczego czy prowadzonej razem kampanii. I to stanowić ma mocną stronę pomysłu, bo przecież trudno wyobrazić sobie, by na przykład Prawo i Sprawiedliwość czy tym bardziej Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego wspierały kandydata Konfederacji Korony Polskiej - zbyt duże i ewidentne byłyby tu różnice programowe dzielące poszczególne ugrupowania. Nie do zaakceptowania dla nich byłoby również otwarte wspieranie osób, które w ostatnich latach agresywnie krytykowały ich ugrupowania przy różnych okazjach, a takich przecież wsród polityków ubiegających się o mandaty senatorskie z pewnością nie zabraknie.
„Miękki” pakt senacki miałby jeden cel:
niedopuszczenie do zachowania większości przez obecny obóz władzy. Na jego drodze stanąć mogą indywidualne ambicje, których przecież w polityce polskiej nie brakuje. Otóż poprzednie wybory do Senatu pokazują na konkretnych przykładach wielu okręgów wyborczych, że pomimo istniejących wcześniej uzgodnień liczni odstawieni w wyniku porozumienia obecnej koalicji rządzącej politycy, odsunięci na boczny tor, zakładali własne komitety wyborcze i podejmowali się startu bez szyldu partyjnego, odbierając tym samym szansę na reelekcję przedstawicielom paktu KO-PSL-Lewica-Polska 2050. Do rejestracji kandydatury w wyborach do izby wyższej wystarczy bowiem zebranie 2000 podpisów, co jest z pewnością barierą osiągalną, szczególnie dla obecnych senatorów. Waldemar Buda z Rozwoju Plus podjął się wyliczenia ilu ludzi PiS zasiadających obecnie w Senacie mogłoby próbować startu na własną rękę. Wyszło mu, że to całkiem spora grupa.
„17 senatorów PiS pomimo niezgłoszenia do paktu, czując się zdradzonymi przez PiS, wystartuje w swoich okręgach i podzieli głosy innego prawicowego kandydata, co da efekt mandatu na rzecz kandydata paktu demokratycznego”
- twierdzi Buda.
Dlatego układ taki mógłby zostać nie tylko negatywnie odebrany przez tradycyjnych wyborców wchodzących w skład takiego paktu partii politycznych, ale również nie przynieść oczekiwanych rezultatów, prowadząc do zachowania większości obecnej koalicji w izbie wyższej.
#Senat #pakt #prawica #wybory #PiS
Please open Telegram to view this post
VIEW IN TELEGRAM
🔥64🤔59👍42👏38❤36😱27💯22🙏19😢16